Dzień jak co dzień, z wędką nad brzegiem pięknej, czystej Drwęcy.
Wschodzące słońce swoimi długimi, letnimi promieniami, powoli rozgrzewa otoczenie po nocy, a rosa znika z trawy zanurzającej swoje liście w wodzie. Biorę głęboki wdech, napawam się rześkim powietrzem, a wiatr przemyka niezauważenie wśród porastających rzekę roślin. Drżą, jakby z zimna, a z ich cienkich łodyżek spływają krople, jak łzy poranka…
Dawno, dawno temu, gdy woda była czystsza niż dziś, a ryby same wskakiwały do sieci…
Szept płynącej wody wyrywa mnie z zamyślenia.
– Co? – wyrywa mi się.
Rozglądam się, oglądam za siebie, jednak nic nie zaburza jednostajnego szumu.
Potrząsam głową. Z torby wyciągam termos z gorącą kawą.
– Zdecydowanie czas odświeżyć głowę. – pociągam łyk gorącego, gorzkiego płynu. Czuję jak jego intensywny zapach budzi moje zmysły.
…pojawiła się legenda o statku, który nie tonie.
– Niech to!
Poparzyłem język z wrażenia. I jeszcze dodatkowo oblałem sobie dłoń, parząc ją boleśnie.
Szybkim ruchem odstawiam termos do torby, a rękę wkładam do płynącej, zimnej wody. Czuję ulgę i niechętnie myślę o wyciągnięciu dłoni.
Nagły ruch przepełza po moich palcach, a zanim zrozumiem, co to, ogromna siła wciąga mnie prosto do ciemnej, lodowatej toni.
Statek zbudowano nie z drewna, lecz z tego, co jezioro wyrzuciło na brzeg. Monstrualne dzieło stworzono dzięki temu, co ostoje rzeki, zmęczone swym losem, bezwstydnie odsłaniają. Druzgocąca sterta świeci wśród trzcin, szczerząc swoje śmieciowe zębiska. Tym właśnie było płynące potworum.
Na oślep, chcąc zaczerpnąć powietrza, wynurzam się, zdezorientowany, łapiąc szybkie oddechy, gdy mojej twarzy nie okala lodowata woda. Nie rozumiem co się dzieje, ale gdy ostrość widzenia się zwiększa, nie wierzę w to, co dostrzegam.
Przede mną pojawia się statek.
Nazwano go „Zemsta Sandacza”, bo Kapitan tego statku poprzysiągł, że pomści każdą rybę, która skończyła w panierce.
Przecieram twarz jeszcze raz, oczom nie wierząc.
– Co tu się u diabła…
Monstrualna konstrukcja kołysze się w wąskim korycie i straszy swoimi strukturami.
Statek wykonany był z plastikowych palet, butelek, styropianu oraz z rur z pianką. Poszczególne elementy stalowe oplecione folią, z dodatkami starych, zardzewiałych łańcuchów, plastikowych butelek, sieci, szmat, styropianu, kartonu, opon, puszek i foliowych opakowań. Całości dopełniały porzucone maskotki wyrzucone z bagna. Ich smutne, puste oczy przewiercały duszę na wylot.
Wzdrygam się.
Dopiero czuję, jak lodowata woda przenika temperaturą aż do moich kości.
Nad płynącą rzeką, wokół monstrum z odpadów, unosi się gęsta, nieprzenikniona, zimna mgła. Odgłosy bzyczących pszczół, świergocących ptaków i chlupiących ryb zastąpił głośny szelest i metaliczny stukot.
Skupiam się na ogarnięciu wzrokiem pokładu statku, który zieje czernią.
Nad moją głową słychać powolne zawodzenie.
Na maszcie z drewna, oplecionym zużytym big bagiem foliowym, powiewa żagiel z wielkim napisem „Zemsta Sandacza”.
Wpatruję się w mrok, a po moim karku przebiega dreszcz.
Zza steru wyłania się dumny Sternik Kris. Zerka na brzeg, lecz zaraz skupia się na prowadzeniu łajby po zdradliwych wodach.
Kapitan Haczyk, mistrz w łowieniu ryb, nawet tam, gdzie nie powinien, wpatruje się w toń, zamyślony.
Bosman Sznurek, na sterburcie, rozgląda się za zgubioną kotwicą.
Instruktor Harpun z lądu uczy wędkowania, powtarzając w kółko, że „wędka to broń Twoja”.
A Matka Chrzestna Sandacza grozi wszystkim patelnią, próbując zaprowadzić porządek…
Przecieram oczy raz jeszcze.
Jest mi jakoś dziwnie cieplej, a mgła rozmywa się w trzcinie. Kolory statku zaczynają się zmieniać, odbija się w nim powoli prażące, letnie słońce. Postacie na statku uśmiechają się, machają swoimi atrybutami, odgrywają role fantastycznej, pirackiej załogi.
Płyną odważnie przed siebie, na łajbie własnoręcznie zbudowanej.
Na flagach powiewa dumnie „Fundacja Młodzi dla Świata” oraz „Szkółka Wędkarska Kowalewo Pomorskie„.
Uśmiecham się.
– Musiałem wpaść w małą drzemkę…
„Spływ na byle czym”, który miał się dzisiaj odbyć, okazał się jeszcze ciekawszy, niż się spodziewałem.
Bogata załoga, w składzie:
- Krzysztof Midura za sterami,
- Dawid Jędrzejewski jako Kapitan Haczyk
- Maciej Rysiewski jako Bosman Sznurek
- Karol Pruski w roli Instruktora Harpun
- Ewa Jurkiewicz niezastąpiona jako Matka Chrzestna Sandacza
- a poza tym:
- Emilia Chmielewska
- Tymon Midura
- Jakub Chmielewski
- Jacek Chmielewski
Załoga zebrała wiwat od publiczności, zajmując zaszczytne drugie miejsce.
Pokiwałem głową, gratulując wygranych.
Z moich włosów skapnęła kropla wody. Spojrzałem na nią zdziwiony, przecież byłem zupełnie suchy, a mój wzrok przykuła ręka. Ślad oparzenia przybrał kształt statku piratów.
Zemsta Sandacza zostawiła swoje piętno na zawsze.
Z dziennika wędkarza, 10 sierpnia 2025









